czwartek, 21 października 2021

107. Stroll through the sky

Jest wieczór, na zewnątrz wieje silny wiatr; jesień. Liście zerwały się z drzew dzisiaj niemal wszystkie i gałęzie uniosły się nieco z żałobną ulgą - jak zauważył wcześniej T. Ułożyłam synka do snu i zeszłam na dół do salonu. W telefonie czekał na mnie sms od A. Rzadko teraz dostaję wiadomości. Ucieszyłam się.

O, i coś we mnie drgnęło nagle.

Jestem żoną i matką. Tą drugą od ponad dziesięciu miesięcy. Jestem w sumie zadowolona. Czasem szczęśliwa, czasem spokojna, a czasem, na szczęście rzadko, zdarza mi się płakać z bólu i bezsilności, a synek patrzy na mnie wtedy zdziwionym wzrokiem. Myślę, że dopiero odkrywa, że my, wszyscy inni w jego życiu, też możemy mieć różne emocje, i nie wie, co o tym myśleć.

Żeby skutecznie pchać ten wózek codzienności naprzód, trochę musiałam zakopać siebie. Żeby poświęcić czas dziecku, drugiemu człowiekowi, który się nagle pojawił w moim życiu i totalnie, całkowicie na mnie polega i mnie potrzebuje, trzeba było to moje życie mocno zmienić i z wielu rzeczy zrezygnować. Właściwie niemal ze wszystkiego. Zostały mi cisza, przyroda, zachwyt nad niebem, radość z wiatru. Zmieniła się nawet ta samotność, która jest mi chyba pisana, bo towarzyszy jej gaworzenie dziecka.

Pamiętam, że jako nastolatka nie mogłam zrozumieć, dlaczego moja mama nie czyta książek. Mówiła, że kiedy była młodsza, bardzo lubiła czytać. Dlaczego więc już tego nie robi? - myślałam. Kłamie, że lubiła czytać? Wróciło do mnie niedawno to wspomnienie, kiedy sama usiłowałam w ciągu dnia desperacko znaleźć dla siebie tę parę chwil, by przesunąć lekturę choć o kilka stron do przodu. Oświeciło mnie: mama przestała czytać, kiedy urodziła moją starszą siostrę. Pewnie się odzwyczaiła po prostu. I przeraziłam się, że i mnie macierzyństwo zmieni nieodwracalnie, obudzę się za dwadzieścia lat, kiedy moje dzieci będą już dorosłe, i odkryję, że moje dawne pasje stały się dla mnie całkiem obce.

Tymczasem dzisiaj uśpiłam małego (zdążył już raz zapłakać, kiedy to piszę, ale tym razem jeszcze to było przez sen), zeszłam na dół i odkryłam sms-a od A. Włączyłam walc z "Ruchomego zamku Hauru". I drgnęła we mnie moja zakopana młodsza dusza. Dlaczego to tak jest, że w codzienności gubię tę iskrę? Nie potrafię tkwić zanurzona w tych swoich ukochanych historiach, ulatują ze mnie. Dawniej często do nich wracałam, śniłam na jawie, wędrowałam, chłonęłam i tym sposobem utrzymywałam łączność ze swoim ukochanym światem duchów i marzeń, z tym, co mnie napędzało. Teraz to wszystko we mnie śpi. Chciałabym, żeby było żywe we mnie. Ale może tak się nie da?

Odkryłam, że czas macierzyństwa jest trochę czasem żałoby. Z tak wielu rzeczy trzeba było zrezygnować. Przede wszystkim z niemal wszystkich nawyków i przyzwyczajeń. Musiałam się nauczyć odkładania na później, zmiany planów, elastyczności, rezygnowania. Rezygnowania z siebie - dla drugiego człowieka. To piękne. Ale czasem bardzo trudne.

czwartek, 22 sierpnia 2019

106. Żona Lota

Łapie mnie nieraz kurczowo strach, że odkąd poszło się do tej pracy, wkroczyło w dorosłe życie - to będzie już jak na karuzeli albo innej jakiejś kolejce, w pociągu ekspresowym. Wszystko tak nabiera tempa, dni składają się tylko z wieczorów, tygodnie umykają jeden za drugim, tak że czas zlewa mi się w jedno i nie potrafię cofnąć się myślami wstecz. Wszystko wydaje się tak samo odległe za moimi plecami.

A lato przeminęło tak szybko. Przeminęło, mimo że jeszcze sierpień, ale oto wczoraj zobaczyłam pierwszy raz w tym roku łupiny po kasztanach na chodniku. A kasztany - to już jest jesień.
Przeminęło - i jakby go nie było. Składało się z dwóch czy trzech spacerów, dwóch przejażdżek na rowerze, dwóch popołudni nad jeziorem. Resztę czasu wypełniła betonowa pustka, czas bez lata, lato bez zapachów, bez wiatru, bez nieba nad głową.

To muzyka tak nastraja nostalgicznie. Czasem inne bodźce, ale tym razem to była muzyka.
Ale w wolnych chwilach uderza mnie ta rzeczywistość, w której funkcjonuję. Chwyta za gardło.

Te huśtawki latem z U., bujanie się wysoko na placu zabaw i patrzenie w niebo, w niebo, w niebo...
Widok mnóstwa zielonych drzew tuż po otworzeniu drzwi Domu Pod Dębem.
Zapach polnych kwiatów i traw w drodze do sklepu, powietrze falujące upałem, zapach obezwładniający, duszący.
Jazda na rowerze ranem, przed południem, gdy nie jeździł nikt inny (bo inni chodzili do pracy, tak jak teraz ja). Mijane domy, sumaki, kwiaty, ptaki w locie nade mną.
Długie wieczory z T. nad zalewem, wpatrywanie się w wodę.
Tamten wieczór i tamta noc, gdy przegapiliśmy zamknięcie bramy wjazdowej i musieliśmy zostać nad jeziorem na noc. Spaliśmy wtedy na ziemi, obok naszego samochodu :)
Wyprawy późnym wieczorem do U. na noc. Powroty rano.
Ten czas, morze czasu, nieograniczony ocean czasu wolnego...
Wolność!

Nie wiem, czy ja potrafię być dorosła?...

środa, 24 kwietnia 2019

105. Cały czas świata


Gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałabym wrócić do dzieciństwa, byłoby to dla mnie trudne pytanie. Z jednej strony myśl o dzieciństwie przywołuje wspomnienia lata i wakacji: granatowego nieba z nadchodzącym czołem burzy, oglądanego przed domem, jeszcze w słońcu; odurzającego zapachu łąk, dusznego i obezwładniającego, który jest dla mnie wciąż niepokojący i pociągający zarazem, jak jakaś obca, ale potężna siła; dotyku traw przesuwających się pod palcami; mocnego wiatru siekącego rozgrzaną skórę; widzianych z okna na dole bloków z osiedla naprzeciwko, w jasnym słońcu porannym jarzących się blaskiem.

Część zabaw z dzieciństwa wywołuje we mnie nostalgię, część politowanie. Nie ma we mnie wiele sympatii dla młodszej siebie. Jeszcze są te rzeczy, które były dla mnie bardzo trudne w tamtym czasie i które byłyby dla mnie trudne także teraz; dojrzewanie dało mi tyle, że rozumiem już, że nie muszę być skazana na jedno tylko środowisko i czasem lepiej ustąpić, zrezygnować albo obrać nieco inną drogę, niż się męczyć z ludźmi.

Późniejszy wiek nastoletni wspominam jeszcze mniej przyjemnie. Nie z uwagi na jakieś problemy, ale z uwagi na siebie samą. Lektura dawnych pamiętników uprzytamnia mi własną egzaltację, kompleksy i w jakiś sposób współistniejące z nimi zbyt wysokie mniemanie o sobie. Siebie jako nastolatki chyba po prostu nie lubię. Nie chciałabym przechodzić przez to jeszcze raz.

Jestem melancholijna i nie należę do ludzi patrzących w przyszłość, ale tak naprawdę, naprawdę wiem też, że nie jestem nostalgiczna i nie lubię patrzeć wstecz. Nie lubię wracać, przeżywać tego samego. Ja chyba po prostu lubię trwać, chcę trwać w teraźniejszej chwili. Rzucić to zaklęcie na siebie, na najbliższych. To powraca do mnie co jakiś czas. Trwać.



wtorek, 27 listopada 2018

104. Caribbean Blue

Jakkolwiek wstaje mi się lekko całkiem i sprawnie szykuje rano, a myśl o pracy nie przygniata (zresztą krótko przecież pracuję jeszcze, nawet nie miesiąc), przeleciała mi dziś właśnie z rana przez głowę ta myśl, że tak już będzie trzeba - długo. Długo jeszcze. Latami, a zapewne nawet i dziesiątkami lat.

Potem schodziłam po schodach i mówiłam o tych myślach T, bo już zadzwonił, dzisiaj wcześniej niż zazwyczaj. I przypomniało mi się to lato nasze, nasze pierwsze wspólne lato (ale o tym napiszę, jeśli już, to nie teraz). I pomyślałam o tym, jak to cudownie jest w czerwcu widzieć, jak dzień się rozwija, chodzić prawie pustymi ulicami, jeździć na rowerze! po okolicznych wsiach, kiedy dzień jest młody i świeży, a ludzi nie ma. To mnie trochę zasmuciło: teraz jeśli ja będę wolna, to i inni ludzie, wszędzie więc będzie tłok. I tyle poranków i przedpołudni prześlizgnie mi się między palcami. To przykre trochę, niezależnie od tego, że - przynajmniej jeszcze teraz - praca moja wydaje mi się przyjemna.



Wieczorem obejrzałam znów "Szept serca". Myślę sobie, że Hayao Miyazaki tak jak i ja lubił lato, drzewa i przedpołudnia ciche i spokojne. Myślę, że w pewien sposób byśmy się rozumieli. Ciekawe, czy często miał okazję takich przedpołudni doświadczać, czy też praca go pochłaniała. Pewnie to drugie. Ale w jego filmach tak dobrze uchwycone są te momenty i ten nastrój.

"Szept serca" to w pewien sposób jeden z moich ulubionych filmów. Dużo jest w nim miejsca na marzenia. I dużo radości. Oraz trochę smutku. Wiele ten film ma pięknych kadrów i wiele dobrych, przyjemnych, wspaniałych momentów, ale od kilku już lat najbardziej porusza mnie ta krótka scena, jakby przemycona z jakiejś innej historii, kiedy to dziadek Seijiego śni, że Louise wchodzi przez drzwi, Louise młoda i piękna, jak on ją pamięta. I wtedy wstaje na jej powitanie z radością, ale jednocześnie usprawiedliwia się, mówiąc: "Wybacz, że się zestarzałem - nie wiedziałem, że powrócisz". To najpiękniejsze zdanie. Tyle w nim tęsknoty, która osiadła gdzieś w duszy od czasów młodości, tyle nieświadomości własnego wieku. To tylko ciało tak się zestarzało - ja wciąż liczyłem, że przyjdziesz do mnie, Louise...

czwartek, 8 listopada 2018

103. Listopad!

Przyszedł listopad, a ja dawno nie pisałam. Próbowałam trochę, tak sama dla siebie, ale zrobił się z tego jakiś wspólny wspominek mój i T., nad którym też rzadko pracowałam, bo w sumie to nie podoba mi się, jak on wygląda, a nie bardzo widzę, jak mogę to zmienić. Kartki w kratkę, ghhh. Chciałam wklejać Rzeczy, celem ubarwienia i nasycenia wspominka większą mocą nostalgiczną. Ale żeby wklejać, trzeba jeszcze mieć co - no i tu się fala rozbija o skałę.

Rety, tyle jest do napisania, jak już siadłam do tego. Nie wiem, czego się uczepić najpierw ani jak to poprowadzić, żeby miało jakieś ręce i nogi.

Dziś dzień zaczął się mgliście, ale już kiedy wracałam z piekarni, pokazało się słońce. Pisał Bruno Schulz, pamiętam i cytat ten nawet chyba tu wpisałam, na tym blogu - o dniach jesiennych. Złotych. Jaka ta jesień była złota, mam w głowie taki obrazek, jak jechaliśmy na modlitwę do babci B., musiało to być po południu, drogą pośród lasu i drzewa rosły po bokach. Pełne liści! Całe! A liście te były  z ł o c i s t e. Tak właśnie, nie żółte. I powietrze takie było, jaśniało blaskiem i spokojem, jakby to czas przestał istnieć.

I tak było i dziś, gdy już wracałam do domu. Prawie tak, bo jednak liści na drzewach już mniej. Ale słońce to samo, pergaminowe, biblioteczne, jak ze starych książek, pyliste, ciepłe.


Szłam i intensywnie myślałam, by nie rzec: walczyłam z myślami. Męczyłam się okrutnie, złościłam się i złościłam na siebie, że się złoszczę, i jeszcze było mi wstyd, że jestem egoistka, co nie umie się poświęcać, i jak trzeba było modlić się o coś, to oczywiście, a jak podziękować i coś od siebie ofiarować Bogu, to łorety, moje plany! I tak, próbując okrutnie przemówić sobie do rozsądku, zaczęłam i inne swoje sprawki poddawać krytyce. W tym dzisiejsze moje nastroje poranne.

A dzisiejsze moje nastroje poranne to były takie, że wstałam rano i odnalazłam się w momencie wolności: że nic konkretnie nie miałam do roboty. I że to nic nie potrwa już długo, bo oto w przyszłym tygodniu idę do najprawdziwszej swojej pierwszej pracy i mimo wszystko zakładam, że jakoś się w niej utrzymam i pobędę ciut dłużej. Czyli skończą się moje dni wolności studenckiej i postudenckiej, trzeba będzie regularnie wstawać i wracać do domu po południu. Pewnie będę z początku zmęczona.

No więc wakacje, tydzień wakacji - pomyślałam i po długiej przerwie zapragnęłam zrobić coś kreatywnego, coś konstruktywnego, coś, co będzie dla mnie jakoś piękne i da mi satysfakcję. Dom mój nie pozwala się za bardzo upiększyć, przestrzeń własna mała, a finanse do tego mocno okrojone, no bo tej pracy jeszcze nie zaczęłam. I cóż? Pomyślałam: w szafce leży kronika, moja i T. Leży i czeka już ponad miesiąc.

Kupiłam kredki. Kooh-i-noora. A jako że poszłam też i po coś w rodzaju markerów Sharpies (których nie było i które są drogie), to wzięłam jakieś flamastry, co to je można wodą tratować i zaczynają wyglądać jak farby.

A potem popołudnie spędziłam, robiąc porządek w pocztówkach, bo straszny bałagan się przy nich porobił i wyrzuciłam w efekcie dobre kilkadziesiąt sztuk, a resztę podzieliłam na te, które mi się podobają i mają ze mną zostać i mieszkać dalej, oraz na te, które może powędrują kiedyś Postcrossingiem. No i właśnie, wylosowałam sobie dwie osoby na Postcrossingu. Nie robiłam tego od daaaawna, za to wykorzystywałam to na każdym kroku podczas ostatniego roku studiów - ilekroć potrzebny był mi jakiś temat do zaprezentowania lub omówienia. Trochę mnie to zmęczyło. Ale hej - dziś miało być kreatywnie.

No i właśnie: miało. Coby zakończyć wątek napoczęty: wyrzucałam sobie, wracając do domu z piekarni, że ja tak sobie lubię wyobrażać, że jestem kreatywna, a tymczasem wcale nie jestem, tylko mam o sobie wysokie mniemanie. No i może stąd w końcu to ugrzęźnięcie w pocztówkach. Aczkolwiek i tak trzeba to było kiedyś uporządkować. I może stąd ten wpis, który nie wymaga ode mnie wiele wysiłku.

Później trudne rodzinne sprawy mnie zaabsorbowały i dzień się nagle skończył. I ja wraz z nim skończyłam tu. Miałam napisać coś urokliwego i nienachalnego, coś pięknego właśnie i kreatywnego, a wyszło mi, jak zorientowałam się w trakcie pisania, szczerze i prosto. Mam nadzieję, że chociaż z polotem, ale nie jestem w stanie tego ocenić. Dzień ten był taki właśnie: dużo chciałam, a wychodziło mi inaczej i na opak, albo nawet wcale. I tak bywa :)

środa, 7 listopada 2018

102. Moja Kamieńska 2

Łańcuch zła rozcinać przebaczeniem. Łańcuch nienawiści rozrywać pojednaniem. Oto sens społeczny chrześcijaństwa. Jeśli chrześcijaństwo nie stanie się ciałem - zmiecie nas narastająca lawina zła i nienawiści.
Lecz czego potrzeba, aby przebaczyć, czego potrzeba, aby dojrzało pojednanie? Trzeba zrzucić z serca pychę, w pewien sposób "zaprzeć się" siebie. Honor ponad wszystko - to postawa mało chrześcijańska.

Kiedy polecamy Bogu naszych bliskich, uczymy się ich kochać w Bogu, na wyższej płaszczyźnie bytu.

W grzechu poznajemy obecność Boga przez zaprzeczenie.

Patetyczna, tryumfalistyczna Msza w Katedrze. Nie czuję się w tym najlepiej. Najlepsze są ciche msze z muzyką skupienia i smutku.

Rola snu w Biblii. Sen przybliża do Boga. We śnie Adama Bóg stworzył kobietę, jakby wyszła z jego snu. We śnie przekazywane są proroctwa i pouczenia.
Mądrość snu. Człowiek musi jakby zawiesić działanie świadomego umysłu, aby przybliżyć się do rzeczywistości duchowej. Sądzę, że to nie świadomość przeszkadza człowiekowi w dotarciu do sfery ducha, ale niezliczone głody i pragnienia świadomości.

Gdy małżeństwo zaczyna sobie mówić: mamo, tatusiu - koniec z ich miłością. Zaczyna się przywiązanie, przyzwyczajenie, wszystko tylko nie miłość.

Irzykowski: "Prawdziwym przyjacielem jest człowiek, co pomaga mi być samemu".

Abraham Heschel:
"Grecy uczyli się, aby rozumieć. Hebrajczycy uczyli się, aby czcić. Człowiek współczesny uczy się, aby używać".

Samuel II, 9 Fragment o Dawidzie, którego przeklina jakiś człowiek idący do Jerozolimy, od Absaloma. Jeden z rycerzy Dawida chce mu ściąć głowę, ale Dawid mówi: - Niech przeklina, to óg mu nakazał. - To błysk chrześcijaństwa w gąszczu Starego Testamentu. Przyjąć zniewagę jako coś należnego nam, pochodzącego od Boga.

Henry Miller - "Kolos z Marocussi". [...]
"Nikt nie może osiągnąć tego, czego pragnie, dopóki nie dojrzeje do tego".

Nieśmiertelność nie jest nam potrzebna, raczej budzi lęk. Potrzebna nam jest nieśmiertelność naszych bliskich. Dlatego musimy ich kochać w Bogu. Dosłowność tej formuły.


Ileż słów zbytecznych, okrężnych. Prawda jest poza słowami.

Z książki Henryka Czyża: Rossini napisał Petite Messe Solennelle. Ta mała msza była ogromna. Sama partytura ważyła ok. 4 kilogramów. Utwór trwa pełne dwie godziny. Na ostatniej stronie Rossini napisał list do Pana Boga:
"Drogi Boże! Przedstawiam Ci moją Małą Mszę Uroczystą. Dlatego małą, bo nie jestem pewien, czy potrafiłem napisać muzykę naprawdę sakralną. Ale Ty, dobry Boże, wiesz najlepiej, że zostałem stworzony dla opery buffo. Utwór napisałem na 2 fortepiany, harmonium, 4 głosy solowe i 8-osobowy chór. Nie miej mi za złe zbieżności liczby 12 śpiewaków z liczbą Twych Apostołów. Ale gdy jeden z mych śpiewaków będzie śpiewał fałszywie, pamiętaj, że i jeden z Twoich... Utwór przeznaczony był do domowego muzykowania, ale po mojej śmierci zjawi się na pewno taki głupi dyrygent, co zechce to wykonać z wielkim chórem i ogromną orkiestrą. I - wtedy przyjdzie drugi głupi i będzie mi to instrumentował. Już lepiej, żebym sam to zrobił. Przyjm mnie do raju.
Twój
Giacchino Rossini"


sobota, 14 lipca 2018

101. Moja Kamieńska



"Jestem ziemią" - wyznaje oblubienica w miłosnej pieśni egipskiej.

Chwilami po miesiącu zapomina się twarzy!

Napisano o Brahmsie: "Nie stworzył nic nowego oprócz pięknej muzyki".

19 lat mojego życia z Jankiem, ten epizod w czasie stał się całym moim życiem. Cała treść mojego życia w nim się skupiła. Przedtem było tylko oczekiwanie. Potem - już tylko oczekiwanie.

Są w Ewangelii te cudowne momenty, w których Jezus tak osobny i zamknięty, tajemniczy jak tylko może być Bóg - otwiera się na moment ku ludziom z ludzkim zwierzeniem, wyznaje smutek lub pyta natarczywie: - Czy mnie miłujesz?

"Modlitwa jest twierdzą jednostki.
Modlitwą człowiek stwarza sobie krąg magiczny, przez który nie wejdzie doń żaden przymus z zewnątrz. Modlitwa, dobra modlitwa - jest wielkim aktem wolności człowieka i jest jego pracą, za pomocą której broni się od rozpaczy i rozkładu".

Nasze miłości - to szczeble w dół lub wzwyż. Miłość zmusza do wyrzeczeń, a to jest konieczne, aby miłość była miłością, a nie samolubstwem. Wielu ludzi rozprawiających o miłości może nie kochało nigdy.

Nasza cywilizacja odrzuca wszelkie wartości duchowe. Liczy się tylko technika i produkcja.
Trzeba żyć tak, jakby się było jedynym wyznawcą.
"Wierzmy, bo inni nie wierzą" - Bonhoeffer.

[...] Brak domu, dzieci. Wszystko w wyimaginowanej przyszłości, która nie nadchodzi.
[...] Do spraw małżeńskich nigdy nie należy wkraczać, nawet z życzliwością. To, co oglądamy z zewnątrz, może wyglądać jak piekło. A oni się zawsze odnajdą.

Mereżkowski: "Myśl też jest dla nas krzyżem".

Wydaje nam się, że to my trudzimy się nieustannie nad sobą. Ale może to Bóg się trudzi, a nasz trud jest tylko naszym oporem? A gdybyśmy przestali się opierać? Ależ to niemożliwe. Więc Bóg nas zbawia wbrew nam.

Do kaznodziei współczesnego odnoszą się słowa św. Pawła (1 Kor 2, 1):
"A i ja, bracia, przyszedłem do was nie jako ktoś, kto przyniósł Wam Nowinę o świadectwie Bożym, w wielkim olśnieniu słowa i mądrości... W słabości, z wielkim strachem i z trwogą wystąpiłem przed wami".

Moje dziecko - powiedział spowiednik, a cóż ty byś chciała? Tak jak codziennie wstajemy, myjemy się, jemy zupę, tak i grzeszyć musimy codziennie i powtarzać te grzechy do znudzenia.

[...] Mądre przyzwolenie - oto czym jest cierpliwość. Jej mądrość jest mądrością jakby rolniczą, macierzyńską, mądrością czekania. Przecież ziemia zawsze czeka. Matka zawsze czeka.

Nieobecność, jakbym przez sen wywędrowała bardzo, bardzo daleko. W ten sposób można odejść po jakiejś dziwnej kładce i już nie wrócić.

[...] Mama uczyła mnie, że gniewać się na dziecko można tylko do wieczora. Następny dzień otwiera nowy rachunek.

"I było szczęście jako dźwięk chwilowe,
Jak cień przelotne, jak sen krótkotrwałe,
Nikłe jak w czarnej nocy błyskawica".
(Szekspir, Sen nocy letniej w tłumaczeniu Koźmiana)


środa, 14 marca 2018

100. Rozczasowienie

Czas przyspieszył i tak znacznie; potrafi przemknąć, gdy rano niewyraźnie próbuję dojrzeć siebie w lustrze w łazience; znika, jakby go nie było, gdy tylko otwieram drzwi i widzę za nimi uśmiechniętego T - w następnej chwili jest noc i T już odjeżdża. Wtedy czas zastaje mnie samą - bardzo lubi zdybać mnie samą.



Ale kiedy jest się chorym, czas wyczynia dopiero prawdziwe sztuczki. Południe ciągnie się jak spaghetti, kiedy próbuję zmusić się do wstania z łóżka i wsadzenia rąk w konkretną pracę, w czym bardzo przeszkadza mi zatkany nos - przemieszczam się po domu z paczką chusteczek w ręce. Ranek z kolei szybko zniknął gdzieś za horyzontem i tyle go widziałam. Wieczoru się trochę obawiam, bo nie jestem śpiąca, nie miałam się czym zmęczyć, co ze sobą robić do następnego ranka? Mogłabym czytać literaturę do pracy magisterskiej, ale do tego ciężko się zmotywować. Mogłabym marzyć, ale wiem, że wtedy rozpędzę się tam, gdzie miałam nie zaglądać. Mogę wreszcie - rozwiązanie pośrednie i dla leniwych - leżeć w łóżku z nadzieją, że w końcu zasnę, a do tego czasu przewracać się z boku na bok.

Najciekawsze jest, że mam co robić: jest i praca magisterska, i projekt dyplomowy, umowa do podpisania, zeskanowania i odesłania, książki do czytania, na podłodze puzzle do dalszego układania, są wreszcie wiersze i zeszyty przeznaczone na wykorzystanie tych resztek kreatywności, które się we mnie ostały, jest krawat T do zszycia i są kolorowe kredki oraz węgiel. Są modlitwy do odmówienia. Modlitw jest tyle, że starczyłoby i na trzy dni.

Tylko do niczego nie ma chęci. Raz patrzę więc na zegarek z nadzieją, że dzień się skończy, bo przecież w końcu ta choroba minie i będzie można znów zacząć żyć. Potem patrzę na zegarek ze strachem, bo pod godziną wyświetla się dzisiejsza data, która boleśnie uświadamia, ile już dni minęło od nowego roku, a jak mało przez ten czas zrobiłam i ile przede mną. Data może też uszczęśliwić, jeśli świeci słońce, bo wtedy spojrzę i myślę: lato niedługo, tak tęsknię za zielenią drzew i światłem słońca. Ale wreszcie wieczorem patrzę na godzinę i patrzę na datę i myślę, że wraz z cudownym latem zbliża się koniec studiów, a z nim same straszne rzeczy. Do listy tych, których się boję najbardziej, dołączył brak pracy - nie chcę być dla nikogo ciężarem.

poniedziałek, 5 lutego 2018

99. Spacer po pierścieniu Saturna

Opowiadała mi niedawno koleżanka o świadomym śnieniu: czym jest, jak działa, jak to osiągnąć. I pytałam ją: jaki jest sens, jaki to ma w sobie cel? Mówiła, że chodzi o kreatywność. Bo po świadomym śnie pamięta się ten sen i można robić w nim rzeczy; także intensywniej się wszystko przeżywa.

To ostatnie to nawet chyba prawda, myślę, kiedy przypomnę sobie te intensywne moje sny nastoletnie, które przesiąkały się na jawę i chodziłam w nie zawinięta przez szereg dni. Ale z drugiej strony one się rozwiewały i blakły, a potem zostawał z nich niewyraźny pył wspomnień. Były one zakurzone i śmieszne przez swoją wybujałość.

Ale już tak nie śnię; w ogóle nie przykładam takiej wagi do snów i rzadko pamiętam, co mi się śniło. Czasem jest to latanie, ale już nie samo w sobie, a jako element: zawsze wówczas zupełnie dla mnie naturalny i mi przynależny, ukryta moja potęga, sposób na ostateczną ucieczkę, schronienie, przewaga. Latanie jest narzędziem w moich snach, nie celem.

I tak samo sny moje nie są już dla mnie celem, a są narzędziem. Nieczęsto potrzebnym. Śnię jak każdy, ale nie ma to dla mnie już takiego znaczenia jak kiedyś. Ostatnio zwłaszcza: nie potrzebuję tych intensywnych snów na jawie, kiedy na jawie mam T - i to T przesiąka się do moich snów. Rzeczywistość jest teraz tak intensywna, jak dawniej nie była nigdy. I tyle spraw się dzieje, które mnie absorbują. Nie potrzebuję snów, by w nie uciekać przed rzeczywistością - zaczęłam w końcu żyć w rzeczywistości.

Może to kwestia dorośnięcia w jakimś stopniu. Może moje życie jest teraz tak szczęśliwe, że nie potrzebuję sobie wyobrażać innego szczęścia. Dziwnie to pomyśleć i nie widać tego, kiedy się jest zanurzonym w codzienności, ale tak: jestem szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.

Dziś rano byłam z T na mszy trydenckiej. Później zrobiłam nam kanapki i zjedliśmy śniadanie. A potem T wrócił do siebie, jeszcze przed pracą.

Naprawdę szczęśliwa.


sobota, 11 listopada 2017

98. Na drugiej stronie księżyca



Widziałam dziś rano U. Niespodziewanie. Stałam przed uczelnią i czekałam na przyjaciółkę, by razem z nią spóźnić się na zajęcia. Jeszcze się modliłam, krążyłam w kółko i obracałam poranne słowa od T w głowie. Odwróciłam się i zobaczyłam ją. Mój wzrok przylgnął do niej - szła szybko chodnikiem niedaleko, szła zamaszyście i nie rozglądając się na boki. Włosy miała związane na czubku, ale końcówki spływały spod koczka. Coś niosła. Nie wiem co, nie zwróciłam uwagi. Nie było to ważne.

Chodzi o to, że choć studiujemy na tej samej uczelni, to zajęcia mamy - i zawsze miałyśmy - raczej w innych budynkach. I nie widywałam U. Nie rozmawiałyśmy od zeszłego Bożego Narodzenia. A nie widziałyśmy się od jeszcze dłuższego czasu. Kiedy ostatnio? Może na tamtym spotkaniu, na którym nie padły żadne słowa, choć miały i byłam na to tak przygotowana, jak tylko mogłam (czyli pewnie nie bardzo), a nie padły, bo, jak się później z listu dowiedziałam, moje oczy były wówczas martwymi oczami golema bez uczuć.

Nie od razu poznałam, że to U, ale od razu zwróciłam na nią uwagę, bo wiedziałam, że to ktoś ważny dla mnie. Po chwili dotarło. Zmienił się trochę jej chód, zdaje mi się. Trochę inaczej wyglądała, niż zapamiętałam. Ale to była ona (choć teraz, nocą, po cichu myślę: może to nie była ona, skoro się zawahałam?).

To zabolało. Wróciła do mnie tamta przeszłość i przeszłość też nowsza. Oraz jeszcze jedna sprawa: że jakiś czas temu, zaledwie miesiąc, może z hakiem, wędrowałam nocą nad zalewem. Szłam tym chodnikiem tuż za tamą, od strony Mariny, wzdłuż szeregu zacumowanych łodzi. I myślałam: że rzadko tym chodnikiem chodzę, i kto wie, czy ostatnim razem to nie było właśnie z U. Pamiętam wyraźnie jeden nasz spacer tamtędy, już w schyłku naszej przyjaźni, o czym obie wiedziałyśmy. Rozmowa bowiem była o naszej relacji, o jej złej kondycji. Rozmowa, jak widać, nic nam nie dała i później rozstałyśmy się tak: brzydko, paskudnie, rany się jątrzyły miesiącami. I właśnie w zeszłe Boże Narodzenie pisałyśmy ze sobą po raz ostatni: pisałyśmy, by te rany oczyścić. Przeprosić i przebaczyć, i podsumować: nie da rady tego załatać. Choć byłyśmy tak bliskie sobie, byłyśmy tylko we dwie i nam to wystarczyło, byłyśmy ze sobą stale i we wszystkim, szczere do bólu, do kości - teraz wyrosło między nami zbyt wiele różnic, których nie potrafimy już ominąć. Zbyt blisko byłyśmy ze sobą, by móc pogodzić się z omijaniem spornych tematów. Zbyt dobrze siebie znałyśmy, by nie czytać sobie wzajem w oczach przemilczeń, ocen, dezaprobaty, niezgody. Nie da się zasypać tej rozpadliny, co nas rozdzieliła. Nie da się, przynajmniej teraz. Może kiedyś. Może się kiedyś jeszcze odmienimy, może się świat dla nas odmieni. Żegnaj. Żegnaj.

Bolała ta rozmowa i jednocześnie przyniosła ulgę - bo nie było w niej już jątrzącej, zapiekłej złości. A później życie stopniowo potoczyło się dalej: ludzie, sytuacje, wyzwania, zmiany. Przyznaję: bywały takie okresy, że wcale nie myślałam o U. Tak było nawet ostatnio. A później spacerowałam nocą nad zalewem i wróciła do mnie tamta rozmowa. I razem z nią wrócił smutek. I zatęskniłam.

Ale nie odważyłam się odezwać (było w tym trochę dramatyzmu mojego, bo szkoda psuć takie pożegnanie; więcej było w tym strachu, bo czy coś się między nami zmieniło? nie; nie chcę znowu tego rozkopywać). Zamiast tego poszłam w miejsce w Internecie, które kiedyś było nasze wspólne i które ja opuściłam mniej więcej wtedy, kiedy z U. się w bólu i złości rozstawałyśmy. U też je później opuściła, ale nie wiem kiedy: wiem, że zagląda tam czasem, choć teraz już rzadko. Tam więc wróciłam. I napisałam do niej krótki wpis, jak z pamiętnika, jak dawniej; ale ukryłam go u siebie i zasypałam grafikami. Tchórzostwo, które przyniosło mi ulgę.

I dzisiaj zobaczyłam nagle U pod uczelnią. Nie widujemy się nigdy, choć studiujemy w tym samym miejscu - ale dziś ją zobaczyłam. Wróciło do mnie to wszystko. Przebaczyłam? Myślę, że tak; na pewno chciałam przebaczyć i chcę nadal. Ale trochę jeszcze tkwi we mnie żal, tamten list, który otrzymałam, pełen był okrutnych słów. Wciąż czuję się też winna, teraz może inaczej nieco, bo czuję się winna, że znalazłam nowych ludzi i nie czuję się samotna tak naprawdę, nie ma wyrwy w moim życiu, a przecież powinna być, tak dawniej myślałam, że będzie. 

Czasem też nachodzi mnie takie pragnienie, żeby wiedzieć, co u niej się dzieje. Bo nie wiem nic, a dawniej wiedziałam wszystko. Gdzie teraz jest? Co robi? Jakie ma plany? Kiedyś byłam zaproszona do jej życia i czułam się w nim swobodnie. Teraz jestem obca. Zrozumiałe, i ona tak samo jest teraz obca u mnie, a dawniej była swoja. Ale brakuje mi tego nieraz i zazdroszczę innym jej znajomym, że oni wiedzą, a ja nie.

Czasem tęsknię.

I dziś zobaczyłam U. To była chwila: szła szybko chodnikiem i zaraz zniknęła między ludźmi, a do mnie dołączyła przyjaciółka (to jedna z tych, którzy przyszli po U) i poszłyśmy razem, spóźnione, na zajęcia. Potem przyjechał do mnie T, wieczorem w nowym mieszkaniu odwiedziłam E. Ludzie, rozmowy, uczucia. Szczere. Rozmawiałam z nimi i byłam z nimi całą sobą obecna. Cieszyłam się z tego, że są ze mną. Ale kiedy teraz zostałam nocą sama, wracam myślą do tego ranka. Poraziło mnie to.

U, co teraz robisz? Gdzie się śpieszyłaś, skąd? Co dziś jadłaś?

U, pamiętasz mnie?

Nie odpowiadaj; nie chcę wiedzieć; boję się wiedzieć. Jest dobrze, jak jest, nie chcę znów tego, czym nasza przyjaźń stała się na końcu: karykaturą samej siebie. Nie chcę widzieć tego w twoich oczach, nie chcę sama uciekać przed tobą spojrzeniem ze świadomością, że to nic nie da, bo wszystko wyczytasz w byle drgnieniu mojej twarzy. Nie rozumiałyśmy się już pod koniec. Nie byłyśmy sobie tak potrzebne. Blokowałyśmy siebie nawzajem, nie pozwalałyśmy jedna drugiej na rozwój. Ciążyło nam milczenie. Nie chcę tego.

Ale pamiętasz te huśtawki? Farbowanie włosów na fioletowo na twoim balkonie? Poważne odkrycia tożsamościowe w tym drugim pokoju? Pamiętasz? Pamiętaj, proszę cię. Nie pamiętaj tego, co było potem - ale nie zapomnij tego, co było wcześniej. Proszę. Ja nie zapomnę.

piątek, 14 lipca 2017

97. Archiwalne

Jestem na końcówce kolejnej korekty. Idzie mi tym razem średnio, ciężko powiedzieć czemu. Różne kwestie wydają mi się nieoczywiste, czytam w słownikach i nie dowierzam, głowię się i upewniam, wszystko trwa długo, a tekst jest niezgrabny. Znów wylądowałam na dole sinusoidy: zdaje mi się, że nie jestem dobrym korektorem, redaktorem tym bardziej. Złości mnie to, bo chcę być dobra w tym, co robię; jeśli nie mogę być dobra, to nie chcę tego robić. Ale czy lubię robić coś innego, z czego bym się mogła utrzymać? Nie.

Sporo rzeczy przestało mnie obchodzić spośród tych, którymi przejmowałam się kiedyś. Wiele nie ma już dla mnie znaczenia, nie zwracam na nie uwagi. Znacznie rzadziej bujam w obłokach, częściej myślę o prozaicznych sprawach (typu pieniądze i skąd je wziąć (: ). Właściwie nie ma to znaczenia, że się zmieniłam, dla mnie wewnątrz. To trochę dziwne: nie utożsamiam się z dawną mną. Nie lubię wracać do przeszłości, a przecież tak zapamiętale i przez tyle lat pisałam pamiętniki. Właśnie. Kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że zawsze taka byłam, że nie lubiłam wchodzić w stare koleiny. Ale skoro pisałam pamiętniki, to nie może być prawdą. Najwyżej połowiczną.

Jakie to płynne: kim jestem? kim byłam?

Wewnętrznie nie ma to dla mnie znaczenia, ale ma znaczenie i wagę w kontaktach ze światem. Od tak wielu rzeczy odeszłam, że i ludzie dawni wydają mi się obcy. A ja sama czasem jestem jakby zbyt lekka światem, by się z innymi porozumieć. Odchodzę od spraw, poglądów i zainteresowań.

Nie wiem, po co piszę. Wychodzi mi bełkot o sobie, dla siebie, bez sensu. O czym pisać, jeśli nie chcę mówić o bliskich publicznie? Jeśli nie o innych, pozostaje obiektywnie o ogólnych rzeczach - nigdy nie byłam w tym dobra, bo nie zwracam uwagi na otoczenie - albo o sobie. Ale o sobie - to jak egotyzm.

sobota, 8 kwietnia 2017

96. At last, it's spring

Wielkimi krokami i zupełnie niespodziewanie przyszła Wiosna. No naprawdę, dopiero co było buro i ponuro, te tulipany, które się wychylają z ziemi przed domem i mają już spore pąki, to chyba w dwie noce wyrosły. Słyszę od wykładowcy na uczelni: „nie macie państwo wrażenia, że bardzo szybko ten czas teraz leci?”. Oczywiście, mam, nawet więcej: wierzę głęboko, pewnie i stanowczo, że naprawdę czas leci szybciej niż dawniej. Uśmiecham się tylko pod nosem, bo to jednak dziwny pogląd, żeby mówić o nim ludziom na poważnie.

Emocje w domu budzą dwa nowo wyrosłe miniaturowe pędy drzewek, których jeszcze nie potrafimy rozpoznać. Wydaje się, że nie są to potomkowie żadnego z tych drzew, które już u nas żyją. Na obu pędach są maleńkie listeczki i przyglądamy im się wszyscy z uwagą. Każdy ma swoje zdanie, ale ja obstaję przy sumakach odurzających. Już samo imię tych drzew wydaje mi się fantastyczne, a z aparycji podobały mi się jeszcze w dzieciństwie.

Kiełkują także uczucia we mnie, różne i niezrozumiałe. Nie mam do siebie zaufania, bo spojrzałam nie tak dawno na swoje przeszłe życie świeżym okiem i zauważyłam pewien schemat: mistrzowsko wręcz przez lata udawało mi się kierować swe sympatie ku nieodpowiednim osobom, a przeoczać ludzi wartościowych. Smutny to wniosek, który paraliżuje moje działania. Mimo to jest we mnie radość. Wiosna tak się łączy z uczuciami, wszystko więc chyba jednak do siebie pasuje. No i jest Ktoś, kto nade mną czuwa, na pewno.

Wiosna, ach, to ty!


środa, 29 marca 2017

95. Któż przeciwko

Ostatnio snułam się po YouTubie jak nieprzytomna i pod jednym filmem, dość długim, w którym człowiek próbował przedstawić widzom swoje uczucia i swoje problemy, i swoje zagubienie, natknęłam się na komentarz: ktoś przyznający się do wieku lat trzynastu pisał, żeby zwrócić się do Boga. Kiedy się wie, że Ktoś jest nad tobą i czuwa, i wie, rozumie, jest z tobą we wszystkim, to wtedy życie jest inne i inaczej wygląda. To wtedy ma sens, wiesz.

A na koniec ten ktoś dorzucił: wie, że po napisaniu tego zapewne zostanie obrzucony błotem, ale czuł, że powinien to napisać. Chciał pomóc i chciał być szczery, i to jest najlepsza rada, jaką można komuś dać.

Dalej były odpowiedzi na ten komentarz, różne. Nawet się trafiło kilka sympatycznych.


Czy widać wyraźnie, jakie to jest wielkie?

Tymczasem ja: w Internecie. Widzę, że wokół w społeczności tak wielu ludzi niewierzących, widzę, jak potrafią kłapać paszczą, jak zarzucają, widzę, co sądzą, bo się z poglądami nie kryją. Cicho więc robię swoje, tak cicho, by uniknąć konfrontacji. Nie chowam się ze swoimi poglądami, nie zaprzeczam swojej wierze, ale się nie wychylam. Bo nie lubię kłótni i boję się nienawiści.

Ja na uczelni: pokazują nam wszystkie te skandale na styku sztuki i religii, protesty ludzi przeciw bluźnierstwu w teatrze, niezgodę na obrazę uczuć religijnych. Próbują nas wciągnąć w dyskusję: co sądzicie? oburza was to? zgadzacie się? Wszyscy milczą, nikt się nie odzywa, nikt nie chce zabrać głosu ani zająć stanowiska, nikt nie chce wystawić się, odsłonić ze swoimi myślami. Ja też nie chcę. Nie lubię kłótni. Boję się nienawiści.

Czy widać wyraźnie?

poniedziałek, 13 marca 2017

94. Raczej nieciekawie o pracy korektora

Skończyłam dzisiaj korektę książki. Rano wprowadziłam ostatnie ujednolicenia i jeszcze raz przejrzałam tekst pod kątem naprzemienności wypowiedzi bohaterów w dialogach, i odesłałam plik.

Dla wydawnictwa, z którym współpracuję, robię dwa czytania w pierwszej korekcie. To oznacza, że zobowiązuję się dwa razy przeczytać całość tekstu. Przy pierwszym podejściu do książki staram się wejść w nią jak najgłębiej. Zaznaczam sobie wszystkie rzeczy budzące wątpliwości, zagadnienia, o które będę może musiała spytać redaktorkę, która wcześniej nad książką pracowała. Skupiam się na fabule - i na samym języku. Próbuję wyczuć melodię tekstu, dostrzec ewentualne błędy, które redaktorka przeoczyła, wyłapać literówki. Gdy tylko skończę, zaczynam od początku. Tym razem znam tekst i kojarzę informacje z różnych miejsc, łączę w głowie podobne sformułowania i dostrzegam zbiegające się wątki. Ujednolicam, wstawiam przecinki, koryguję literówki, czasem także powtórzenia. Wszystkiego, czego nie wiem, co jest nietypowe i wzbudza wątpliwości, szukam w słownikach i na zaufanych stronach.

Tak wygląda korekta książki.

Jeszcze mi się nie zdarzyło być naprawdę zadowoloną z wykonanej pracy. Zawsze myślę, że można było lepiej, staranniej. Czasem przypominają mi się pojedyncze przypadki i jeszcze przez jakiś czas obracam w głowie zdania i wyrażenia. Czy można było ten problem rozwiązać inaczej?

Nieraz myślę, że gdybym miała na pracę więcej czasu... na pewno sprawniej by mi to szło. Ale to tak nie wygląda, prokrastynacja nie pozwala. Z początku zawsze tak samo trzeba się wdrażać do siedzenia nad tekstem.

Zastanawiam się: czy nie ma recepty? Nieraz nadziei upatruję w tym, że im więcej praktyki będę miała, tym więcej będę umiała i tym sprawniej będzie mi praca szła, chociażby już tylko dlatego, że nie trzeba będzie tak często posiłkować się pomocą ze słowników. Ale czy to wystarczy, czy jakakolwiek wiedza teoretyczna wystarczy, by bezpiecznie, sprawnie i szybko przejść przez mielizny praktycznych wyzwań pracy? Czy jestem w stanie osiągnąć ten poziom, kiedy własne umiejętności będą mi gwarantowały taką skuteczność, że po oddaniu materiału poczuję autentyczną dumę z dobrze wykonanego zadania?

To mnie wierci w środku i to mnie zastanawia: czy moja praca kiedykolwiek będzie kompletna? Czy też zawsze będą mnie gnębić jeszcze czas jakiś po jej skończeniu wątpliwości?


piątek, 3 marca 2017

93. Po przerwie, może powrót

Bardzo dawno nic nie pisałam. Miałam już w ogóle nie pisać nic, nigdy więcej, i może to jest właściwie mądre postanowienie. Ale piszę teraz, bo A znów zaczęła.
Pragnę do Ciebie mówić, A, nie tylko biernie Cię czytać.

To jest jak rozmowa, jak list, bardziej nawet osobiste, ale uładzone, by mogło wyjść do świata.

Rozrachunki:
Nauczyłam się - w tym czasie, kiedy przestałam pisać - że trzeba ze słowami bardzo uważać. I jeszcze bardziej trzeba uważać na to, komu się swoje słowa powierza. I wysnułam gorzki wniosek, że nie wolno mówić wszystkiego, być zbyt szczerym, dać się czytać jak otwartą książkę. Ale to ostatnie to tak nie do końca, myślę, że to raczej cyniczne i za daleko posunięte, bo wciąż mam jakichś ludzi, którym ufam tak, że pragnę się zwierzać zupełnie serio i ze spokojem, że nie zostanie moja mowa przeciwko mnie użyta, gdy się tego nie będę spodziewać. Pamiętam: niezależnie od krzywd odebranych nie wolno - nie wolno! - karać jednych za uczynki innych.

Zaufanie jest trudne.

Przede wszystkim jeśli ktoś zdradzi moje zaufanie, nie mogę, nie wolno mi wręcz, w przerażeniu i bólu zwracać się także przeciwko innym i im także przestać ufać, na zasadzie generalizowania. To jest lekcja, jaką nabyłam, i która jest taka szalenie trudna. Zdaje mi się, że na poziomie teoretycznym ją rozumiem, ale nie umiem jej całkiem wprowadzić w czyn.

Przestałam pisać, bo przestałam ufać; bo przestałam chcieć; bo przestałam chcieć wyjawiać to, co myślałam; bo przestałam się czuć pewnie ze swoimi osądami w świecie.

Jest to bardzo niewyraźna konkluzja, ta, którą próbuję teraz ująć w słowa. Czuję się trochę winna, że milczałam, bo wiąże się to trochę z brakiem zaufania. Nie wiem i w sumie nie sądzę, że ktokolwiek zwrócił na to uwagę, że więcej milczę, bo milczenie moje nie było bardzo widoczne, jako że mówiłam dużo, tylko nie o bardzo osobistych rzeczach. Ale gdyby ktoś zwrócił uwagę, to chciałabym, by wiedział, że rozumiem, że tak nie powinno być, i że czuję się trochę winna.

Choć to jednak wciąż część sprawy i jeden z powodów, dla których przestałam pisać. Ale powód istotny.

A jeśli miałabym teraz pisać znów, to tylko inaczej. To musi być szczere i to musi mieć wówczas określoną wagę. Nie wiem, pomimo wszystkich tych rzeczy powyżej, czy potrafię i czy chcę się tak uzewnętrznić.
Nie wiem więc, czy wracam do pisania w ten sposób, publicznie. Może nie.

Chciałabym więc, A, mówić do Ciebie, a nie tylko biernie czytać, bo to jest jak branie bez dawania. Ale nie wiem, czy potrafię ani czy to jest właściwy sposób.


wtorek, 9 czerwca 2015

92. Poczta #8

Od Tomo z Japonii [JP-687490]:

Od Ann z Niemiec [DE-4270286]:

niedziela, 7 czerwca 2015

91. Czerwiec

Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat i za parę tygodni kończyłem dwadzieścia dwa. Nie zapowiadało się, że szybko skończę studia, a nie miałem też specjalnego powodu, by ze studiów rezygnować. I tak żyłem przez parę miesięcy w tym dziwnym pogmatwanym stanie rozczarowania, nie mogąc zrobić kroku w żadnym nowym kierunku.
[Murakami, Przygoda z owcą; dzięki, U.]


Byłam wczoraj inną nieco M, taką, która zjawia się pośród ludzi i tak jak oni, bierze udział i coś ogląda. A oglądałam wczoraj, wraz z E, piękną Szafę, z której wychodzili fenomenalni ogniomistrzowie, trochę nietypowo niepoważni, i trochę filmu o silnie ekscentrycznej niani, która w gruncie rzeczy robiła wspaniałe zdjęcia, lampiony z sukienek i koszul nocnych, to najważniejsze. Kilka przejawów nocnej "energii" miasta, jak tak się prześlizgnąć, to ciekawych, ale tam pod spodem... zastanawiałam się, jak ci ludzie żyją i ku czemu dążą, skoro później, nocą, synonimem dobrej zabawy i wypoczynku staje się tylko i wyłącznie alkohol, sam w sobie. Jaki to wszystko ma cel, cała ta kultura wychodząca na ulice, skoro zostają po niej te śmieci pod ławkami? Może znowu upraszczam zresztą i sprowadzam wartościowy ogół ludzkości do tych akurat, co są "bez serc, bez ducha", płascy i jednowymiarowi.
Nieważne, nie o tym miałam tu pisać, liczyłam, że coś innego ze mnie wyjdzie, a tymczasem wytoczyło się uczucie obcości w tłumie i niezrozumienia, co można też uznać za malkontenctwo pewnego rodzaju (gdyby ktoś chciał bronić alkoholu jako środka na rozluźnienie li i tylko).
Tymczasem upały w Lublinie, jak mi się zdaje po tym zimnym maju, mamy niesłychane. Zaczął się mój absolutnie ulubiony miesiąc w roku, i to nie z uwagi na to, że notorycznie w tym akurat czasie się starzeję i nic jeszcze nie udało mi się na to poradzić, ale ponieważ czerwiec jest taki niesamowicie, niesamowicie piękny. Oczywiście, nie mogę nic nie robić, bo będę miała potworne uczucie zmarnowania czasu, który mógłby być wspaniały, zatem niebawem coś spróbuję. Wciąż liczę na koniec lipca i sierpień pełen przygód i wyjazdów, a zatem nie bardzo mogę sobie teraz pójść do pracy i pomyślałam, że popytam w wydawnictwach, może mnie gdzieś przyjmą na coś w rodzaju darmowego stażu. Żebym mogła tak pobyć w wydawnictwie od środka, a jeszcze lepiej - coś tam porobić. Może mi pozwolą. W gruncie rzeczy nie bardzo w to wierzę, mam uczucie, że to byłoby za proste, ale co mi szkodzi spróbować? Bo gdybym miała iść do pracy, to chyba nigdzie nie udałoby mi się wyjechać.
W gruncie rzeczy to sama nie wiem. Ale coś zrobić muszę. I zacznę. Naprawdę.

środa, 27 maja 2015

90. Dzień


Przedwczorajszego wieczoru zaczęło padać, padało nocą i padało ranem, bardzo bardzo. Nagle odkryłam, że ten jeden samotny kasztanowiec, który rośnie dokładnie na wprost mego okna, nad rzeką, stracił wszystkie kwiaty. To był dzień na czytanie, otworzyłam zatem pierwszy tom starego wydania "Cichego Donu". 

czwartek, 14 maja 2015

89. No tak, ostatnio nie mogę jakoś wpaść na dobre tytuły dla moich postów

Zapożyczam z zupy:

–W życiu warto mieć odwagę: 
Warto mówić “Dzień Dobry” obcym ludziom, warto zrobić sobie wstyd na oczach wszystkich ludzi, warto mieć przyjaciół i wrogów też warto mieć. Warto czasem nie wziąć parasola, gdy pada deszcz, warto nie doczytać książki i wrócić do niej po latach, warto pisać wiersze nawet te nie udane. Warto wskoczyć do jeziora w ubraniu, warto śmiać się na ulicy bez powodu, warto czasem niczego nie tłumaczyć. Warto udawać czasem głupków chociaż wiemy dobrze o co chodzi. Warto słuchać każdej muzyki, warto marzyć, warto zgubić się w obcym mieście, warto poznać nowych ludzi, i zapomnieć o starych znajomych, warto napisać list i go nigdy nie wysłać. Warto być realistą, pesymistą, optymistą. Warto zadzwonić o 1 w nocy do przyjaciółki i się wypłakać, warto pójść na samotny spacer, warto zapalić znicz na opuszczonym grobie. 
Warto żyć i nie pytać dlaczego.

Otóż, jak się tak przyjrzałam temu oto, to odkryłam, co następuje: przydarzyło mi się wszystko niemal z wymienionych treści, za wyjątkiem dorobienia się wrogów (przynajmniej nikt mi otwarcie nie okazuje swej ku mnie nienawiści, co zapewne oznacza, że wielu osobom jestem doskonale obojętna, a to właściwie smutne) i nie wskoczyłam do jeziora w ubraniu. Tak sobie teraz, czysto zresztą hipotetycznie, pozwalam myśleć, że zdarza mi się wieść ciekawe życie, momentami. Tak gdyby popatrzeć całościowo. I może jeszcze z pewnej odległości.

wtorek, 12 maja 2015

88. Poczta #7

Od Achima z Niemiec [DE-4011132]:

Od Carol z USA [US-3344614]:

Od Ariadny z Hiszpanii [ES-351353]: