W pewnym Domu Pod Dębem mieszkała sobie M, mała duchem i duża gabarytami. Ta oto M jakoś nie mogła utrzymać w swych wiotkich dłoniach siwych nici czasu. Bezustannie je gdzieś gubiła. Czasem zresztą wcale a wcale jej to nie przeszkadzało. Za to innym razem popadała w ciszę i wychodziła ze świata, by trochę popłakać suchymi oczami w swoim pokoju.
"Och M, ty taka i owaka, czemu tak upuszczasz te nici i wszystko cię mija w biegu, a ty tkwisz wciąż w tym samym miejscu? Lat ci nie przybywa i lat ci nie ubywa, zatrzymałaś się na dziewiętnastu. Przyjaciół ci też nie przybywa i nie ubywa. Kot ci jeden przybył, ale koty same przybywają i odbywają, jak im się zechce, żadna w tym twoja zasługa. Nawet wspomnień masz tyle samo!" Tak krzyczała do siebie M, tak sobie tłumaczyła, gdy siedziała poza światem w swym pokoju.
Bo i faktycznie M się zatrzymała. Zawsze chciała, takie miała nierealne marzenie (jedno z kilku podobnych), trwać w jednym momencie. Nierealne marzenia mają jednak to do siebie, że często okazują się być pułapkami, co też zresztą stało się i w tym przypadku. M może częściowo udało się zatrzymać w jednym momencie, ale świat nie raczył zatrzymać się razem z M, więc wyszło jak wyszło.
A nici czasu odlatują na wietrze. Razem z nimi odlatują przyjaciele (nieliczni) M, i została w końcu ona sama w mieście, gdzie podobno inspiracja (ale do czego?) kryje się na każdym kroku. I nikomu się M nie zwierzała jak tylko kwiatkowi, który z wrażenia nie mógł przestać kwitnąć. Jak tu się zwierzać z takich nierealnych rzeczy?
I spojrzał z wysokości swego pragmatyzmu grzmiący ojciec B na małą M, która sobie cicho wegetowała pod jego opieką, i coś do niego dojść musiało, bo zaproponował podróż. M jeszcze nigdy nie jechała tak całkiem sama w samotne nieznane, zatem, choć pomysł jej się spodobał, przestraszyła się go. I tak trwa sobie w tym przestraszeniu, w swoim kolejnym momencie (bardzo przewrotnie się spełnia to jej marzenie), a nici czasu lecą, lecą...
